Zaczął się nowy sezon treningowy. Nareszcie. Już można było z tęsknoty za karate i judo popełnić rytualne seppuku. Ale na szczęście doczekałam się i miecz nie poszedł w ruch.
Ale… miałam ochotę po niego pójść, gdy przekraczając próg dojo usłyszałam od jednego z dzieci mój ulubiony zwrot.

Popraw kimono i ukłon do szomena.

Nie, nie zabolało mnie serduszko z powodu powszechnie używanego słowa kimono zamiast karategi. Nawet ja jakoś to przebolałam. Ale za tego „szomena” miałam ochotę przeciągnąć wspomnianego gagatka pod kilem. Choć statku w okolicy nie było.

Ale… przykład idzie z góry.

Czyli pod kilem należy przeciągnąć mojego drogiego sensei? (Na wszelki wypadek zrobiłam już pompki za tę rażącą bezczelność). Wszak zdarzyło się, że zażartował na temat wiszącej w naszym klubie podobizny mistrza Gichin Funakoshi i nazwał go szomenem.
Dla nas chwila śmiechu, a dzieci podchwyciły. Od tego momentu na wszelki wypadek mój sensei powtarza co parę treningów poprawną wymowę, a także znaczenie tego nieszczęsnego słowa. I chwała mu za to.

Shomen (przód) ni (dla) rei (ukłon).
Czyli ukłon do (dosłownie) czoła sali, gdzie przeważnie wisi portret założyciela szkoły, ozdobna kaligrafia – kakemono, lub flaga stylu czy symbol sekcji – hata.

Trenujemy w gi. KarateGI, judoGI i tak dalej. Kimono to z kolei strój, w którym nie da się ćwiczyć, można natomiast podziwiać krajobraz Japonii.

Moi japońscy przyjaciele pragną poinformować, że choć oni raczej polskiego ni w ząb, to zauważą różnicę pomiędzy „nasi sempaje” a „nasi senpai”.
Japończycy nie wymagają od nas znajomości ich ojczystego języka. Ale wymagają szacunku dla tego, co już znamy.

Nie pytamy o zgodę senseja, tylko sensei, lub trenera.

Pewnie – odmiana słów przez przypadki jest właściwa dla języka polskiego.
Jest jedno ALE.
Trenujemy japońskie sztuki walki, a nie polskie. Skoro używamy japońskich komend czy słów, to róbmy to poprawnie. Mój sensei zawsze mawia, że staramy się naśladować Japończyków w tym, w czym są najlepsi. Dlaczego więc nie przykładamy wagi do sformułowań i określeń?

Dla mnie, jako tłumacza na stażach czy po prostu partnera do rozmowy dla moich japońskich znajomych to problem. I wstyd. Bo muszę tłumaczyć Polaków z niechlujstwa.
A tego niestety, zauważam coraz więcej…

Być może powinnam się po prostu przyzwyczaić. Żyjemy przecież w kraju gdzie ciężko wymagać znajomości japońskiego skoro niektórzy nie potrafią mówić po polsku. Jasne – trudne słowa są trudne. Nawet nasi politycy są w stanie zrobić hatakumbę z hekatomby. Co dopiero zwykli śmiertelnicy?

Nie idźmy na łatwiznę.  Te „podstawy podstaw” warto znać i stosować. Niektóre słowa są obecne na każdym treningu. Sensei zapoznaje nas z nimi już na samym początku. Możemy się z nimi osłuchać. i używać poprawnie. Więc zróbmy to! Szczególnie oswajajmy z nazwami i edukujmy te małe gagatki. Bo to nasza przyszłość.

Nie zrozumcie mnie źle.
Mnie również zdarza się zniekształcać pewne słowa. Zdarza mi się w gronie zakochanych w judo mówić np. „kataszka” zamiast kata guruma. Tylko, że po 10 latach treningu z moją bardzo wymagającą sensei mam wszelkie nazewnictwo wpojone. Wtopione w kości.
Nie mieliśmy na rozgrzewce krążenia bioder tylko „koshi o hineru”, nie robiliśmy pompek tylko „udetatehuse”. Komendy w całości były wydawane przez 90 minut po japońsku. Sprzyjało to zarówno dyscyplinie jak i koncentracji.

Wtedy bywało, że dopadała mnie frustracja, bo wystarczyła chwila rozkojarzenia i gubiłam się na treningu. Ale może to nie było takie złe?

#japoński #komendy