Motywacja jest tym, co pozwala Ci zacząć.
Nawyk jest tym, co pozwala wytrwać.

Popularne. Sprawdzone. Prawdziwe.

Ale… nie do końca zgadzam się z tym.
Nie ma czegoś takiego jak „motywacja”. Jedyne co jest, to miłość. Jeśli kochasz coś wystarczająco mocno, to nigdy tego nie zostawisz, nie zaniechasz, nie odsuniesz na dalszy plan. I zawsze odnajdziesz sposób, by móc to kontynuować.

Oczywiście, w pewnym momencie pojawia się nawyk.
Nie zastanawiasz się czy iść dziś na trening, po prostu to robisz. Wykształciłeś w sobie automat, który kilka razy w tygodniu zapala w głowie lampkę z napisem „trening”. Zignorowanie tej lampki bardzo często nie wchodzi w grę, a jeśli już do tego doszło, to czegoś nagle brak. Bo to istotna część życia.
Tak mają sportowcy.

Kocham judo.
Trenuję od 20 lat.
Wiem dlaczego to robiłam, robię i będę robić.
Kocham turlanie po tatami, uwielbiam rzucać ludźmi, a porządny odgłos uderzenia ciała uke o matę wzbudza we mnie uczucie satysfakcji. Przyjemność sprawia mi odpowiednie kuzushi w dobrym timingu, które sprawia, że moje stopy odrywają się od podłoża.

Kocham karate.
Trenuję stosunkowo krótko. 4 lata to przecież mały pikuś w porównaniu z dwudziestoma latami.
Ale wiem, że nie ma najmniejszej szansy bym przestała.
Nie ma nic wspanialszego niż poczucie kontroli, które sprawia, że zatrzymujesz cios jeden centymetr przed brodą uke.
Satysfakcja płynąca z tego, że nie odtwarzasz już jedynie ruchów w kata, ale je czujesz. Całym sobą.

Na salę treningową przychodzę po to, by się spocić i zmęczyć.
By odreagować trudy całego dnia. Aby poprawić swoje umiejętności i by zadbać o zdrowie. By być lepszą wersją samej siebie każdego dnia.
I to był i jest nadal dla mnie priorytet.

Przegrana na zawodach nie sprawiła nigdy, że rzuciłam treningi w cholerę. Krytyczna uwaga wypowiedziana przez któregoś z moich trenerów również nie.
A muszę w tym momencie wspomnieć, że uwag moi trenerzy nie szczędzili nigdy. No… może karate sensei jest w tym aspekcie delikatniejszy. Uwagi od niego nie kończą się 100 pompek ani okrążeniami żabek wokół sali.
Tymczasem u pani trener od judo wręcz odwrotnie.
Błędy sporo kosztowały. Ale coś wam powiem.
Sensei Was poprawia, bo mu na Was zależy. Cieszcie się z tego.

Trener jest kimś, kto mówi to, czego nie chcesz słyszeć, który widzi to, czego nie chcesz widzieć — po to, żebyś był kimś, kim zawsze chciałeś być.

Niechlujnie wykonana technika oznaczała konsekwencje. A jednak żadne z nas nie zrezygnowało. Uczono nas od początku, że wszystko wymaga wysiłku i ciężkiej pracy. Uczono nas, że efekty przychodzą tylko do tych, którzy solidnie trenują, wpajano nam, że rezygnują ludzie słabi.
To zasługa trenera.
Człowieka, który pomimo całego arsenału krytycznych uwag, miał także na podorędziu miłe a jednocześnie takie proste słowa jak „dasz radę”, „uwierz w siebie”, „nauczysz się, potrzeba czasu”.
To także zasługa rodziców.
Ludzi, którzy nas dopingowali do wzmożonego wysiłku, tłumaczyli, że każdy szczyt zdobywa się ciężką pracą i determinacją.

A teraz?

Rezygnuje co druga osoba. Nie żeby nie mieli potencjału…Co to, to nie.
Rezygnują, bo tego są nauczeni. Odpuszczają bo się nudzą, bo to już trzeci trening z kolei na którym powtarzają te same techniki, odchodzą z klubu ponieważ sensei zwrócił uwagę, że popełniają błędy.
Rodzice się na to niejako zgadzają. „Okej Stasiu, to już piąty trening, na którym słyszysz, że nie umiesz gedan barai. Może w piłce nożnej lepiej ci pójdzie?”

Co będzie dalej?

Co jak Stasiowi na piątej lekcji języka polskiego nie powiedzie się, i nauczyciel wytknie błędy ortograficzne? „Okej Stasiu, nie musisz umieć pisać, wystarczy, że umiesz dodawać.”

Nie wyobrażam sobie takiego obrotu spraw. Miejmy nadzieję, że do tego nigdy nie dojdzie.
Więc dlaczego dopuszczamy takie sytuacje w sporcie?

#motywacja #miłość_do_sportu