Niczego, co wartościowe nie osiąga się tak po prostu, nie pracując na to.
Niczego, co warte wysiłku nie dostaje się za darmo.
Nikt nie ofiarowuje innym przyjaźni za nic.
Nikt nie staje na podium przez przypadek.
Nikt nie rozdaje na ulicy czarnych pasów.

To, do czego w życiu doszedłeś warunkuje ile wysiłku włożyłeś w drogę.

Ten artykuł zawiera nieco psychologii sportu. I siłą rzeczy będzie w nim coś osobistego, inaczej nie byłby wiarygodny.
Z całego serca przepraszam za taki obrót spraw.

Mam 25 lat. Pewne doświadczenia jednak sprawiły, że nie czuję się na swój wiek.
Codziennie walczę.
I codziennie krzyczę na siebie wewnątrz swojej głowy.

Krzyczę na siebie gdy mi nie wychodzi, krzyczę gdy popełniam błąd.
Ale lepiej krzyczeć niż się poddać.

Mam czasem poczucie, że ludzie mnie nie rozumieją. Od razu w mojej głowie pojawia się zdanie „przecież nie muszą”. Nikt nie czyta w myślach.
Nawet ci najbliżsi.

Zawsze chciałam osiągnąć coś znaczącego, by nadać swojej egzystencji sens. Stąd sport. Później się okazało, że pomaga w radzeniu sobie z rzeczywistością.
Imponuje mi niewielu ludzi, ale w zamian podziwiam ich szczerze ponad wszystko. Obserwuję więcej, niż mówię. To mechanizm obronny.

Raczej nie wchodzę w świat innych ludzi, ale pomagam im ze swojego tak, że nawet o tym nie wiedzą. Nie ma takiego problemu moich bliskich, który w jakimś stopniu nie byłby również moim.
Życie jest dla mnie przygodą, w której często nie wiem co, jak i dlaczego się dzieje. Mam do opowiedzenia wiele fascynujących historii, których nikt nie miał szansy usłyszeć. I których nikt nie chce słuchać.
Czasem, idąc po chodniku, idę tak, żeby nie nadepnąć na krawędzie. Zachowuję się jak 12latka. Choć ludzie wymagają ode mnie dojrzałości i odpowiedzialnych decyzji.
Cóż, staram się podołać temu wyzwaniu.

Uwielbiam ćwiczyć. Najlepszy trening to taki, po którym padam na twarz. Niestety z powodu kontuzji i wszechobecnego bólu nie zawsze mogę dać z siebie aż tyle. Mam jednak w głowie taką siebie, która daje radę i wierzę, że będzie lepiej.

Niektórzy być może sądzą, że przegrywam, i spisują mnie na straty. Cóż, takie jest życie. Raz na wozie, raz pod wozem.
Ale ja się nauczyłam, żeby zawsze wstawać.

Gladiator, Navy Seal czy Samuraj?

3 „postawy” czy też „sposoby na życie”.

To jakby 3 stadia mojej drogi. Etapy, przez które przechodzę.
Jestem po środku. I zdaję sobie sprawę, że wiele wysiłku przede mną by osiągnąć ten trzeci etap.
Na początku był gladiator. Walczysz, żeby przetrwać. Nie zawracasz sobie głowy ideologicznymi przesłankami ani filozofią. A nawet jeśli, to nie jest to na tyle istotne, by coś zmienić.
Z tego etapu pozostała mi jedynie psychika gladiatora.
Navy seal to dyscyplina, którą wdrażasz by coś zmienić. Siebie, przyzwyczajenia, być może środowisko. To ten etap wymagający poświęceń i pracy.
Samuraj to dla mnie symbol równowagi. Tej psychicznej i fizycznej. Opanowanie wszystkich aspektów życia.
Do tego dążę.

Wiele razy słyszałam, że przezwyciężenie ciężkich sytuacji jest w 80 procentach sprawą mocnej psychiki. A jedynie w 20 procentach silnego ciała.

To prawda. Sama wiele razy się przekonałam, że to psychika napędza resztę. Odporność psychiczna nie ma nic wspólnego z talentem. Na świecie są rzesze bardzo utalentowanych sportowców, którzy jednak nie dysponują psychiką gladiatora, i załamują się przy potknięciach, zamiast iść naprzód z podniesionym czołem. Z kolei wielu przeciętnych sportowców, walczy z uporem i determinacją, i podnoszą się po każdym niepowodzeniu, nie zatrzymując się i nie cofając.

Jest pewien judoka, którego bardzo cenię i podziwiam. Travis Stevens.
Stevens to przykład człowieka, dla którego walka na macie to całe życie. Trzykrotny uczestnik Igrzysk Olimpijskich. Mistrz wielu zawodów rangi międzynarodowej. Traktuje judo niezwykle poważnie. Jeden z jego trenerów, Jason Harai, powiedział kiedyś: „On nie żartuje i nie mówi zbyt wiele, ale kiedy znajduje się na macie jest innym człowiekiem. To miejsce, gdzie ma do zaoferowania o wiele więcej niż kilka pustych słów. Na macie czuje się najbardziej komfortowo”.

Ma świadomość tego jak jest utalentowany, i wie, że wykorzystał życiową szansę. Zdaje sobie sprawę, że trenując z uporem i determinacją, nie poddając się, pomimo wielu kontuzji i kłopotów, zajdzie wysoko. Kilka lat temu Internet obiegły jego zdjęcia z Igrzysk Olimpijskich w Londynie. Krew w ustach i głowa owinięta bandażem. Zdjęcie to zostało zrobione w trakcie półfinałowej walki, w której Travis po kontrowersyjnej decyzji sędziów przegrał z Ole Bishofem.
A potem ze zdwojonymi wysiłkami trenował i zajmował najwyższe miejsca na podium. Zamiast się załamać. Pnie się w górę. Wyznaje zasadę, że mistrzem jest ten kto podnosi się wtedy, gdy już nie może.

„On dorastał w czasach, gdy nie było żadnych wymówek” – powiedział Harai. „Nauczył się judo w klubie, w którym nie było klimatyzacji i wody podczas przerw. Chodziło tam przede wszystkim o dyscyplinę i zasady jak w starych japońskich szkołach judo. Jeśli on nie poddał się wtedy, to już nigdy tego nie zrobi”.

I właśnie o to chodzi. Nie poddawać się. Iść do przodu. Znaleźć równowagę miedzy psychiką gladiatora, dyscypliną navy seal i dotrzeć na szczyt, by stać się tym przysłowiowym samurajem.

Staraj się.
I pamiętaj, że wszystko wymaga czasu i pracy.

Nie krzycz na siebie zbyt głośno.

#gladiator #navy_seal #samuraj #travis_stevens