Co, jeśli powiem, że wygrałam 100% walk ulicznych w moim życiu?

To fakt, inaczej wyglądałabym dużo gorzej niż aktualnie.
Albo nie byłoby mnie w ogóle.

Nie jestem „street fighterem”.
Nie lubię się bić. Mimo, że trenuję od 19 lat. Bójki uliczne nie są moim hobby. (I nie powinny).
Ale wygrywam je.

W jaki sposób?
Nie pozwalając im się wydarzyć.
Ponieważ…
Walka, której udało się uniknąć to walka wygrana.

Bardzo znane słowa. I bardzo prawdziwe.

Na całe szczęście moi trenerzy zadali sobie ogrom trudu, by mnie wyposażyć w niezwykle istotne narzędzie jakim jest świadomość. Zarówno wartości jaką ma życie, jak i zagrożeń, na jakie jesteśmy narażeni.

Mam również to szczęście, że większość treningów, w których brałam i biorę udział jest nastawionych także na samoobronę. Moi sensei dbają o to, by nikt z treningu nie wyszedł ze złudnym przeświadczeniem, że jest niezwyciężony.
Informują o zachowaniach jakie można uznać za prowokacje. Zarówno z mojej strony, jak i potencjalnego przeciwnika. Pokazują jak się bronić. Zarówno w judo, karate czy jujitsu.

Ale jest jeszcze coś.

Sprzedają na treningu potężną dawkę realizmu i psychologii.
Jeśli ćwiczę obronę przed uderzeniem, to mój partner nie uderza w eter, 30 cm przed twarzą tylko w punkt.
Jeśli ćwiczę obronę przed duszeniem to muszę się streszczać, bo partner ma palce na tętnicach, a utrata przytomności mnie nie bawi.
Jeśli partner trzyma przy mojej szyi nóż, albo popycha mnie na ścianę to robi to poważnie. Używa siły i jest agresywny. Mój partner musi się nauczyć penerstwa (czyli łobuzowania) a ja obrony.
Interesuje nas realizm.

Trzeba się tego nauczyć.

Tak jak mdlenia i panikowania.
Bo to najlepszy sposób, by się obronić, kiedy już do napaści dojdzie.
Udając panikę w takim przypadku dużo łatwiej się obronić.
Unosząc ręce w geście „poddaję się” znacznie łatwiej osłabić czujność atakującego niż łapiąc go za ręce. A moje, uniesione ręce, są już gotowe do obrony głowy.
Udając słabość i osuwanie po ścianie dużo prościej jest przemycić ruch obronny niż przepychając się z napastnikiem.

Ale lepiej w ogóle nie dopuścić do takich sytuacji.

W jaki sposób?

Unikaj niebezpiecznych miejsc. Nigdy nie chodź, nie mów lub nie zachowuj się jak potencjalna ofiara. Spróbuj wyczuć intencje ludzi i dostosuj swoje zachowanie.

Staraj się zobaczyć drzewa, a nie las. Zamiast patrzeć prosto przed nos, patrz co się dzieje dwadzieścia kroków dalej. Zwróć uwagę na szczegóły. Jak kiedyś powiedział legendarny hokeista Wayne Gretzky; „Nie jeżdżę, gdzie jest krążek. Jeżdżę tam, gdzie będzie krążek „.
Ja mam nawyk obserwowania języka ciała ludzi na odległość. Tobie też to polecam.

Połknij swoje ego. Było wiele przypadków, w których mogłam się bić. Ale uniknęłam tego, pozwalając agresorowi myśleć, że „wygrał”. Wiele walk zaczyna się werbalnie, więc jeśli pozwolisz przeciwnikowi myśleć, że wygrywa słowami, nie musisz zaciskać pięści. Trzeba umieć trzymać język za zębami. Zignoruj ​​swoją dumę. Lepiej mieć złamane ego niż szczękę.

Otocz się dobrymi ludźmi. Powiedzenie „jesteś średnią z 5 najbliższych Ci osób” jest bardzo prawdziwe. Spraw, aby Twoje środowisko było bezpieczne i przyjemne – włączając ludzi w nim przebywających.

Unikaj walki, a będziesz zwycięzcą zawsze.

#walka #sztukiwalki #wygrać_bez_wyciągania_miecza